Jako pierwszy na scenie pojawił się Vidoll. Tłum ruszył do przodu, zostałam wepchnięta w okolice 4-5 rzędu, przy czym trafiłam w najbliższe otoczenie fanatycznego fana Juiego, i zaczęłam się obawiać o swoje zdrowie. Zespół wystąpił w nowym składzie, to znaczy z dwójką nowych gitarzystów. Jui był uroczy jak zwykle, natomiast Rame wyglądał... niesamowicie. Robił o wiele lepsze wrażenie, niż na zdjęciach. Zaczęli od San ga koronda, resztę nie bardzo pamiętam. Na pewno zagrali Heroin. Byli naprawdę nieźli, do tego publiczność zachowywała się o wiele agresywniej, niż się spodziewałam, szczególnie, że był to zespół otwierający imprezę.
Następna była Phantasmagoria, co zwiastowała wyjątkowo długa próba basu, której odgłosy dochodziły zza kurtyny (nie byłyśmy pewne w jakiej kolejności zespoły wyjdą na scenę). To był pierwszy raz, kiedy miałam okazję zobaczyć ich na żywo. Jako, że nie jestem ich wielką fanką, wydostałam się z tłumu. Zagrali z 5 kawałków, jedyny tytuł, jaki pamiętam, to Kami Uta - utwór dość ostry i nawet niezły, tyle że refren grali zapamiętale przez 15 minut i był to trochę nudne. Ogólnie byli dość fajni, dużo biegali po scenie, zamieniali się miejscami, mieli kilka przećwiczonych układów. Zdecydowanie też na plus można im policzyć porządny visualowy wygląd. Dodatkowe atrakcję nastąpiły na końcu, kiedy Kisaki chciał rzucić swój ręcznik w publiczność... Niestety ręcznik wylądował na podtrzymującej oświetlenie konstrukcji pod sufitem.
Kiedy tylko Phantasmagoria skończyła swój występ zaczęłam przesuwać się do przodu, gdyż oczywiste było, że przyszedł czas na
Nadszedł czas na gwiazdę wieczoru - D. Kolejny bardzo energetyczny występ, dużo dobrej zabawy zarówno na scenie, jak i w tłumie. Asagi nie obył się oczywiście bez swoich rekwizytów - flagi, rewolweru czy bata. Po raz drugi bardzo zaimponował mi swoją charyzmą i techniką wokalną. Wszystkie dźwięki były zaśpiewane idealnie, do tego powalający falset w Yami yori kurai... zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Pozostali członkowie zespołu również pokazali się z jak najlepszej strony. Hide-zou skupiał się głównie na swoim basie, jednak nawet wtedy zdawał się mieć niezły kontakt z publicznością. Ruiza z kolei dużo biegał ze swoją gitarą, uśmiechając się niemal przez cały czas, co sprawiało, że ciężko było oderwać od niego wzrok - co z kolei jemu bardzo odpowiadało. Hiroki również zdawał się świetnie bawić za perkusją. Poza najnowszym singlem zagrali też swoje firmowe kawałki, między innymi Night ship D, Eden (w czasie którego śpiewaliśmy z Asagim), Dangan, Mahiru no koe. Ich występ trwał dość długo, no i jeszcze bis, kiedy to Asagi (jako jedyny tego wieczora) rzucił się w tłum. Kiedy zasunięto kurtynę fani przez dobrą chwilę domagali się kolejnego bisa, jednak koncert definitywnie dobiegł końca.
Podsumowując: Mad Tea Party to jedna z imprez, którą będę wspominać najmilej. Świetna atmosfera, organizacja, no i oczywiście pierwszorzędna obsada. Należy też zwrócić uwagę na japońskich fanów... Po raz kolejny już chyba japońska publiczność udowodniła, że nie jest ani trochę tak niemrawa, jak się o niej mówi.












