Calmando Qual - Doors / Deadman's Party

recenzja - 27.11.2018 19:06

Calmando Qual z uśmiechem na twarzy proponuje słuchaczowi nową odmianę muzycznego szaleństwa.

Uwaga: Recenzja została napisana niedługo po premierach opisywanych wydawnictw.


Po premierze Father Mother zespół wpadł w hibernację trwającą ponad dwa lata. W tym czasie do fanów dotarła wiadomość o odejściu Tasca, a następnie o pożegnaniu z Sio. Po miesiącach oczekiwań zapowiedziano nowy singiel i powrót starego bębniarza. Jakież było zdziwienie, gdy z zaprezentowanej okładki spoglądał nie kto inny, jak sam Hibiki w stylistyce przypominającej burtonowski „Sok z żuka”.

Stało się jasne, że próba odejścia od visual kei spełzła na niczym. Czy było to podyktowane spadkiem frekwencji na japońskich koncertach? A może chodziło o znalezienie wytwórni? Trudno obecnie wyrokować. Stało się to jednak faktem i zespół już na stałe miał powrócić do formuły vk z mocą większą niż kiedykolwiek wcześniej. Najważniejsze jednak było pytanie: czy niosło to ze sobą drastyczne zmiany w muzyce?

Nieobecność Tasca oznaczała brak mrocznych podkładów i znaczne ograniczenie elektroniki. Nic więc dziwnego, że Doors opiera się w zasadzie tylko na żywych instrumentach z drobnymi brudnymi akcentami. Całe szczęście, że pozostałe elementy są na swoim miejscu, a chwilami chłopaki przeszli nawet samych siebie. Już wstęp do singla uświadamia słuchaczowi, że Doors nie będzie tak posępny jak muzyka wydana pod szyldem Twisted Clock i wcześniej. Zamiast mocarnych uderzeń, muzycy serwują nam pokręcone gitarowe sekwencje z jeszcze bardziej obłąkanym Hibikim. Jego wokale tym razem kontrastują między sobą, raz uderzając iście kolorową melodią, by po chwili przejść w mocarne wycie z tak charakterystyczną chrypką.

Doors jest przy tym pierwszym wydawnictwem, gdzie słuchacz może naprawdę poczuć umiejętności Kenki i Taka w pełnej krasie. Zwłaszcza ten ostatni jawi się jako fenomenalny gitarzysta, wykonując wiele zapadających w pamięć motywów. Zaprezentowany materiał sprawia chwilami wrażenie, jakby był wyciągnięty żywcem z jam session. Wystarczy przesłuchać Chandelier, żeby zrozumieć jak żywo i autentycznie Calmando brzmi.

Paradoksalnie to absencja Tasca pozwoliła chłopakom rozwinąć skrzydła instrumentalnie. Nie ulega też wątpliwości, że dotąd ponure i monumentalne brzmienie, nabrało kolorytu i życia. Czy to zaleta, czy wada? Trzeba ocenić osobiście. Niech was jednak nie zmyli wizerunek zespołu. To wciąż ciężkie gitarowe granie z pogranicza rocka i metalu, w którym nie ma miejsca na usilne melodie i właściwy stylistyce vk kicz. Calmando Qual singlem Doors zmieniło swój wizerunek i delikatnie kierunek muzyczny, ale nie zaprzedało duszy diabłu zwanemu „komercja”.

Idąc za ciosem zespół niedługo potem wydał kontynuację Doors w postaci singla Deadman's Party. Tym razem można w twórczości grupy odczuć nieco innego, ale równie znajomego nam ducha. The monster jest bowiem niczym hołd złożony twórczości BUCK-TICKa. Hibiki prowadzi wokal tak, jak zwykł to robić Atsushi, z charakterystyczną melodyką w refrenie. Tak natomiast gra jak Imai. To nie jest kopia, a wyraz czci złożony legendarnej kapeli i w wykonaniu CQ wychodzi nad wyraz dobrze.

Dalej kapela uruchamia jeszcze inne pokłady kreatywności, uderzając utworem Blood Red Shoes stanowiącym fuzję pokręconego twista i punkrocka. Jak zwykle wszystko ozdobione jest specyficznym dla Calmando szaleństwem, gdzie frontman bawi się swoją wokalną skalą.

Wydawnictwo kończy całkowicie zwariowany Deadman's Party, który mógłby stanowić ścieżkę dźwiękową do jakiegoś cyrkowego przedstawienia w wersji horror. Utwór jest połamany rytmicznie i przekombinowany, dzięki czemu niezwykle niepokojący. Stanowi poniekąd nowy manifest na miarę Anti Flag i z pewnością sprawdza się koncertowo.

Tym oto sposobem kończy się burtonowska dylogia Calmando Qual, pozostawiając po sobie świetne wrażenie i wnosząc po raz kolejny powiew świeżości do – wydawało by się – określonego stylistycznie zespołu. Tasc opuścił pokład, ale pociąg jedzie dalej przed siebie. Hibiki i Tak zdają się czerpać pomysły ze studni bez dna. Brak syntezatorów przekuli w pełnokrwisty, rockowy materiał bez żadnych zahamowań i narzuconych ram. Jedyny zarzut, jaki można skierować do omówionych powyżej singli, to fakt, że stanowią one dwa odrębne wydawnictwa. Bez większego problemu można było bowiem złożyć z nich pełen album.

Porównując nową odsłonę zespołu do wcześniejszej twórczości, nie sposób nie zauważyć odejścia od wszechogarniającego mroku i posępnej dźwiękowej beznadziei. Calmando Qual z uśmiechem na twarzy proponuje słuchaczowi nową odmianę muzycznego szaleństwa. Jeśli zatem masz otwarty umysł, obydwa single powinny przypaść ci do gustu. Materiał zdecydowanie wart zachodu mimo że nie tak spójny i genialny jak Heretical God. Jak bowiem przeskoczyć doskonałość?
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy
  • SYNC NETWORK JAPAN
  • euroWH
  • Chaotic Harmony